Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 2 . Rozdział 2 .    

   Słońce chowające się za krawędzią planety stanowiło z kosmosu wspaniały widok, lecz mieszkaniec stacji widział je tylko dzięki kamerom i zachowanym taśmom, podczas gdy mieszkaniec planety widywał je codziennie, jeśli tylko chciało mu się wyjść na dwór albo zatrzymać po drodze z pracy. Ianowi Bretano wciąż się chciało, ponieważ dla niego wciąż było to coś nowego.

   Nowego i dezorientującego, jeśli zaczynał myśleć o tym, gdzie się znajduje na planecie... albo gdzie jest jego dom, albo co będzie tym domem przez resztę jego życia.

   A czasami, nocą, kiedy nad doliną przepływały gwiazdy, czasami, kiedy księżyc znajdował się nad linią horyzontu, a nad głowami mieli niezgłębioną przestrzeń, rozpaczliwie tęsknił za stacją i w momencie dzikiej paniki zadawał sobie pytanie, dlaczego zachciało mu się znaleźć tu, na dole planetarnej studni grawitacyjnej, dlaczego opuścił rodzinę i przyjaciół i dlaczego nie mógł pracować dla sprawy w czystych, bezpiecznych laboratoriach Na Górze - wszyscy teraz tak mówili o stacji, przejąwszy to określenie od pierwszego zespołu, który wylądował na planecie.

   Na Górze - jakby stacja, bezpieczeństwo, rodzina i przyjaciele byli osiągalni za naciśnięciem guzika w windzie.

   Lecz rodzina i przyjaciele nie znajdowali się w ich zasięgu - a z tego, co wiedzieli, tak będzie jeszcze długo, a może zawsze. To było ryzyko, które podjęli, schodząc na planetę i wystawiając się na działanie nieuregulowanej pogody i powietrza tak rozrzedzonego, że samo przejście z jednego budynku do drugiego było wyczerpującym ćwiczeniem.

   Lekarze twierdzili, że bez żadnych kłopotów przywykną do rzadszego powietrza, że się dostosują - chociaż botanik, który dotąd miał do czynienia głównie z glonami w wygodnych zbiornikach i taksonomią w tekstach, nie był przekonany, czy nadaje się na odkrywcę lub pioniera.

   Jednak oprócz wszystkich tych niewygód istniały i plusy. Każdy okaz w laboratorium był nowym gatunkiem, całą chemię i genetykę trzeba było odkryć na nowo.

   A ci, którzy przyzwyczaili się do dziennego nieba i całej tej rozświetlonej, uginającej światło błękitnej przestrzeni nad nimi, ci, którzy przekonali swoje żołądki, że kiedy sięgną wzrokiem do horyzontu, to nie spadną z planety - Bogu dzięki za otaczające ich wzgórza, które dawały złudzenie krzywizny dodatniej, a nie ujemnej - mogli podejmować rozmyślne ryzyko w imieniu swoich żołądków i chodzić z oczyma utkwionymi w nieprzezroczystym niebie, obserwując zmiany kolorów za wzgórzami, gdzie świat odwracał się twarzą do kosmosu.

   Każdy wieczór i każdy poranek przynosił nowe odmiany pogody i inny rysunek cieni na wzgórzach.

   Pogoda i wzgórza... Słów tych nauczyli się na zajęciach z nauki o Ziemi, ze zdjęć, które nie dawały najmniejszego pojęcia o przezroczystości ziemskiego nieba czy chłodzie burzowego wiatru i szelestu, z jakim przeczesywał trawy. Iana wciąż niepokoiło, że okna mogą być tak cienkie, iż drżą od grzmotu. Nie miał pojęcia, że chmura nasuwająca się na słońce może spowodować tak szybkie ochłodzenie powietrza. Nigdy by się nie domyślił, że burze pachną. Nie wyobrażał sobie, jak złożony może być dźwięk przemieszczający się w terenie i jaką dziwną mieszankę mogą tworzyć zapachy zarówno przyjemne, jak przykre - zapachy, które być może okażą się jeszcze ostrzejsze, kiedy przestanie mu krwawić nos i przestaną go boleć płuca.

   Wciąż trudno mu było przestawić się z mieszkania na stacji, gdzie na taśmach oglądał planetę, której nie mógł dotknąć, na przebywanie na ziemi, skąd patrzył na świetlny punkt, na który mógł już nigdy nie wrócić.

   Trudno było się pożegnać Na Górze. Rodzice, dziadkowie, znajomi... Cóż można było powiedzieć? W saloniku, gdzie nie wolno było instalować kamer, uścisnął ich - możliwe, że po raz ostatni w życiu i trzymał się do chwili, gdy zobaczył wyraz twarzy ojca, kiedy to poczuł nagle wszystkie wątpliwości niczym kulę tkwiącą w gardle. Dawała o sobie znać przez całą podróż w kapsule, nawet po rozwinięciu spadochronu.

   - Do zobaczenia - powiedział na pożegnanie. - Pięć lat. Za pięć lat przylecicie na dół.

   Taki był plan - założyć bazę i zacząć sprowadzać na dół wybranych kolonistów, a po znalezieniu czegoś, na czym Gildii bardzo by zależało, wybudować lądownik wielokrotnego użytku. Pierwszeństwo w korzystaniu z niego miałyby rodziny i znajomi członków zespołu biorącego udział w początkowej fazie kolonizacji planety. Taki właśnie przywilej zdobył dla nich Ian, przybywając tu i podejmując ryzyko. Nie było go wśród tych, którzy wylądowali jako pierwsi, ale znajdował się na liście, ponieważ przybył na dół na tyle wcześnie, by zaliczać się do pionierów.

   O Boże, ale był przerażony, kiedy przeszedł z saloniku do pomieszczenia ze skafandrami, gdzie było już pozostałych dziesięciu członków zespołu. Gdyby tylko można było odwrócić się, uciec, odczekać jeszcze jeden rok zrzucania kapsuł, żeby przekonać samego siebie, że spadochron się otworzy...

   Jeśli to było bohaterstwo, to nie chciał przeżywać tego dwa razy, i, Boże, to swobodne spadanie i lądowanie...

   Pierwsi astronauci lądowali w takich kapsułach na spadochronach. Tak mówiły historyczne zapiski. W bankach danych znajdowała się cała technika starej Ziemi. Wiedzieli, że ta pierwsza kapsuła zda egzamin, tak samo jak wiedzieli, że uda się zbudować lądownik wielokrotnego użytku - kiedy Gildia przeznaczy na to odpowiednią ilość środków.

   Tak czy owak znaleźli się na dole. Gildia mogła odmówić przewiezienia ich na planetę, ale nie miała prawa wstrzymać startu tego, co sami zbudowali - a bezsilnikowe kapsuły, które skonstruowali, z natury rzeczy nie potrzebowały obsługi pilotów z Gildii; posłużyli się częściami zamiennymi i planami z archiwów, które Gildia w swej mądrości uznała za nieistotne.

   Gildia mogła zatrzymać ich siłą, przyciągnąć kapsuły po starcie - oczywiście, Gildia wciąż mogła to zrobić, bo podziały były potencjalnie tak ostre.

   Gdyby Gildia chciała postępować według takich zasad, to stacja też dysponowała siłą. Gildia jednak albo nie osiągnęła porozumienia, albo nie spodziewała się, że pierwszy lądownik z ładunkiem dotrze do celu, albo może przeżywała kryzys - pożal się Boże - sumienia. Żaden z mieszkańców stacji nie wiedział, co się dzieje podczas narad Gildii, lecz wszechpotężna Gildia nie wykonała jeszcze żadnego ruchu. A kiedy pionierzy znaleźli się już na dole, to Gildia nie mogła ich zagłodzić, bo wywołałaby tym konflikt ze stacją, którego przedtem wielokrotnie unikała. Na razie zrzuty żywności i sprzętu nie ustawały.

   Zrzuty, które za rok mogły już nie być tak absolutnie konieczne. Wtedy niech sobie Gildia zarządzą, co chce. Gdy będą mogli jeść to, co tu wyhodują, będą mogli tu żyć. Na pierwszym wyraźniejszym obrazie planety uzyskanym przez "Feniksa" widać było miasta, zapory, wyraźne dowody istnienia rolnictwa i kopalń oraz wszelkich innych atrybutów średnio rozwiniętej cywilizacji... Są tam tubylcy, mający oczywiście swoje prawa - ale nie takie, które byłyby ważniejsze od ich praw.

   Słońce zachodziło w czerwieniach, żółciach i złocie. Nad wzgórzami zabłysła jakaś planeta. To Miraż, druga od słońca, które nazywali po prostu... Słońcem, nie mając dla niego lepszej nazwy, tak jak trzecią planetę nazywali światem albo czasami Dołem - w taki sposób, w jaki urodzeni pod rządami Gildii tego słowa nie używali.

   Ian pomyślał, że to głupia nazwa dla planety; osobiście wolałby, żeby pierwsze pokolenie wymyśliło jakąś określoną nazwę, którą mogliby nadać światu. Niektórzy chcieli go nazwać Ziemią, argumentując, że tak nazywa się własną planetę, a ta pod każdym liczącym się względem taka była. Gildia natychmiast odrzuciła to uzasadnienie.

   Inni natomiast, szczególnie biolog od hydroponiki, Renaud Lenoir, żarliwie i elokwentnie dowodzili, że nie, to nie jest Ziemia. Nie wolno jej tak nazywać. To nie jest Słońce. I nie jest to gwiazda, do której zmierzali - kiedy w nadprzestrzeni wydarzyło się to, co się wydarzyło, a Taylor uratował statek.

   Taylor mógł być świętym Gildii - Taylor, McDonough i piloci-górnicy, którym, niech Bóg ich ma w opiece, wszyscy inni zawdzięczali życie - lecz Lenoir, który tak przekonująco opowiadał się przeciwko przenoszeniu ziemskich nazw na to miejsce, też kwalifikował się na świętego, mimo że grupa, która wkrótce miała stać się Gildią, głosowała za nim z powodów całkowicie sprzecznych z tym, w co wierzył Lenoir, a budowlańcy i technicy stacji, których synowie i córki mieli zrealizować wizje Lenoira i zejść na powierzchnię planety, w większości głosowali podczas tego spotkania. przeciwko niemu.

   Lenoir argumentował, że to nie Ziemia ani gwiazda, do której lecieli. Planeta przeszła własną ewolucję, aż do rozwinięcia się na niej wysokiej inteligencji, i w trakcie tego procesu ustaliła własne prawa biologiczne - poprzez własny udany eksperyment z życiem i własne, jedyne w swoim rodzaju wymagania, stawiane pierwotnym organizmom przez środowisko.

   Biochemia, taksonomia i związki między gatunkami od mikrobów po główne ekosystemy Ziemi - biblioteka "Feniksa" mieściła całe gałęzie ludzkiej nauki: systematyczną wiedzę na temat żyjącej, poddanej wpływom człowieka biosfery, którą ludzie całkowicie rozumieli, przez tysiące lat gromadzoną wiedzę o naturalnych systemach Ziemi, ich ewolucji i wzajemnych związkach.

   Lenoir twierdził, że przeniesienie ziemskich nazw na miejscowy grunt nie pozwoli - ze względu na powierzchowne podobieństwa desygnatów - przyszłym pokoleniom właściwie ocenić, gdzie się znajdują i kim są. Mogłoby to doprowadzić do powstania poglądu, że świat ten jest w jakiś sposób powiązany z dziejami ich własnej ewolucji, poglądu protekcjonalnego, który Lenoir uważał za niewłaściwy - co więcej, poglądu, który wielokrotnie prowadziłby do tworzenia błędnych powiązań w naukach przyrodniczych, a w konsekwencji do niewłaściwych, a zatem mogących drogo kosztować decyzji. Naginanie języka do określenia tego, co nie w pełni rozumieli, mogło z jednej strony okazać się szkodliwe dla ich własnej kultury i człowieczeństwa, a z drugiej - niebezpieczne dla tych samych ekosystemów, dzięki którym chcieli przeżyć.

   A zatem nie była to Ziemia. Jeśli chodzi o inne nazwy, rada utknęła w martwym punkcie. Jak więc praprawnuk Lenoira mógł nazwać tę planetę, jeśli nie światem - ten błękitny, spowity w chmury dom, który znalazł dla nich Taylor?

   I teraz, kiedy potrafili eksploatować surowce miejscowego systemu słonecznego, wybudowali stację i stworzyli gospodarkę, dzięki której, choć z trudem, mogli zbudować lądownik, by dotrzeć na powierzchnię planety, Gildia Pilotów zażyczyła sobie, żeby się wynieśli - poprosiła, żeby po blisko stu pięćdziesięciu latach orbitowania zamknęli stację i przenieśli wszystko do pozbawionej powietrza i wody bazy planetarnej, jaką Gildia chętnie dałaby im na Maudette, czwartej planecie od słońca. Z dala od świata, który według Gildii powinien zostać dziewiczy, nie skażony wpływem człowieka, nie skalany jego obecnością.

   Co oznaczało, że Gildia chciała, by wszyscy żyli pod jej pantoflem - taka była cena Maudette.

   Słońce oświetlało już tylko górne krawędzie budynków. Całe zachodnie zbocze wzgórza znalazło się w cieniu. Ian oparł się o ścianę lab. 4 i obserwował płonące kolory, patrząc ponad wyrytą w glinie czerwoną blizną bezpiecznego szlaku prowadzącego na wzgórza szeleszczących traw.

   Zdecydowanie były to trawy - tak oficjalnie orzekł wydział i od dwóch tygodni mogli oficjalnie i naukowo używać tego słowa, potwierdzając teorie i domysły zrodzone z półtorawiecznej obserwacji orbitalnej. Ci, którzy uważali, że takie rzeczy są ważne, stosowali precyzyjne kryteria. Byli to ludzie, którzy przez całe swoje zawodowe życie uczyli się na pamięć nazw rzeczy widzianych tylko na zdjęciach, a potem wpajali je pokoleniom uczniów - sto pięćdziesiąt lat studiowania taksonomii i ekosystemów swego byłego świata, którego nawet nie znali...

   Gildia oczywiście utrzymywała, że nie ma to żadnego sensu. Synowie i córki Gildii nie studiowali nauk o ziemi - o, nie. Przez te wszystkie długie lata, jakie upłynęły, zanim "Feniks" znów wystartował, synowie i córki Gildii uczyli się fizyki, konserwacji statku i lotów międzygwiezdnych. Tylko czy praktyczny był start statku międzygwiezdnego, kiedy brakowało im podstawowych rzeczy?

   Szczeniaki Gildii nazywały jednak dzieci ze stacji durniami albo jeszcze gorzej...

   I za co? Durnie, bo narażają na niebezpieczeństwo planetę, która Gildię guzik obchodziła? Dumie, bo pragną świata, który najwyraźniej oferuje bogactwo tego wszystkiego, co zdobywali z takim ryzykiem, a większość wydobytych surowców i tak lądowała na liście priorytetów Gildii?

   Durnie, bo rzucają wyzwanie władzy Gildii kiedy nie można było do niej wejść, jeśli nie było się potomkiem członka załogi "Feniksa"? Czy właśnie to nie był prawdziwy powód, dla którego dziedziczni członkowie Gildii nazywali ich durniami? Bo żaden dzieciak stacyjnego budowlańca nie mógł przekroczyć tej granicy i uczyć się w ramach Gildii, a Gildia miała wszelkie powody, by taki stan rzeczy utrzymywać.

   Oczywiście, przezwiska kłuły ze szczególną siłą, tak jak tego chciały szczeniaki Gildii. Nieważne, że jeśli przyłapał je na tym ktoś starszy, winni byli karani tygodniowym ograniczeniem racji żywnościowych... Nie łamało to dumy szczeniaków, nie pozwalało dzieciakowi ze stacji sięgnąć po to, co nie było jego dziedzictwem ani nie nadawało w oczach Gildii znaczenia i wagi nauce o ich utraconej Ziemi i utraconym celu podróży.

   A teraz Gildia mówi: opuśćcie ten świat? Skolonizujcie jałową Maudette, a oni poszukają wśród gwiazd innych układów planetarnych, wolnych od roszczeń - aha, przy okazji, wydobywajcie surowce i budujcie na tych gwiazdach stacje, żeby statki Gildii mogły uzupełniać paliwo, mieszkajcie tam, umierajcie, a potem powtarzajcie wszystko od początku - wszystkie te śmierci, pot i niebezpieczeństwa - bądźcie robotami, a statki Gildii będą podróżować do miejsc, które trzeba będzie zbudować przy pomocy jeszcze większej liczby robotów, bez końca poprzez przestrzeń, a przez cały czas Gildia będzie utrzymywać swoje priorytety i przywileje, na potrzeby których szła większość wszystkich surowców, jakimi dysponowali.

   Już lepiej być tutaj, na zimnym wietrze i pod blednącym niebem. Ich niebem, na którym zachodził teraz Miraż, a Maudette jeszcze nie wzeszła, niebem stanowiącym coś dziwnie pośredniego między blaskiem dnia i prawdziwą nocą.

   Mogli tu umrzeć. Jeszcze wszystko mogło się nie udać. Jakiś drobnoustrój mógł ich wykończyć szybciej, niż byliby w stanie się zorientować, co ich dopadło. Mogli spustoszyć ten świat i skrzywdzić każde żyjące tu stworzenie.

   Łzy wciąż pojawiały się w środku nocy albo w pełnej szelestów ciszy na obcym wzgórzu. Wracała tęsknota za domem, kiedy pomyślał sobie o czymś, co chciał powiedzieć rodzinie albo przyjaciołom, których znał całe życie - a potem, jakby wspominając czyjąś niedawną śmierć, przypominał sobie, że otrzymanie połączenia telefonicznego wcale nie jest takie łatwe i że nie ma żadnej gwarancji, iż lądownik wielokrotnego użytku, na który postawili swoją przyszłość, zostanie kiedykolwiek zbudowany.

   Razem z nim przybył na Dół Estevez. Biedny Julio, ż tym swoim katarem. Nie rozmawiał z Estevezem o Górze, nie rozmawiał o wątpliwościach. Razem odbyli studia, razem przeszli szkolenie - znali się przez całe życie... no bo jak mogło być inaczej w ograniczonym świecie stacji? Zanim dokonali tego cięcia, wspólnie roztrząsali wszelkie wątpliwości, ale kiedy dowiedzieli się, że zostali zakwalifikowani do zespołu, już się nad nimi nie rozwodzili, a już zupełnie o nich nie rozmawiali, od kiedy znaleźli się na dole. Tutaj wszystko było w porządku, a oni się nie bali. Estevez nie martwił się, kiedy Ian spóźniał się na kolację, nie, oczywiście, że nie. Julio po prostu na pewno już stoi przy oknie, zastanawiając się, czy Iana nie chwyciły gdzieś po drodze mdłości albo nie ukąsiło jakieś latające stworzenie, którego jeszcze nie skatalogowali.

   Ian wepchnął ręce do kieszeni i zaczął iść w kierunku baraków - Estevez prawdopodobnie wsadził już kolację do mikrofalówki, ustawiając czas na koniec zachodu słońca - nie mieli ustalonej pory posiłków, bo wszyscy pracowali w laboratorium według grafiku, i kolację - kiepską, bo kiepską,. ale zawsze -jadło się po skończonej robocie. Żadnych rozkoszy podniebienia, żadnego urozmaicenia w jadłospisie, brak było zamrażarek czy bardziej skomplikowanego wyposażenia; najważniejszy był sprzęt laboratoryjny. Wszystko było liofilizowane, wysuszone, albo wymagało jedynie dolania wody i zagotowania, i jako perspektywa na resztę życia zapowiadało się dość paskudnie. Prawdopodobnie Gildia chciała ich rzucić na kolana za pomocą kuchni - żeby zaczęli błagać o ratunek i dobry, stacyjny obiad.

   Tymczasem odkrył u siebie nagłą i niezwykłą chęć na słodycze, które wobec posmaku miedzi, jaki prawie ciągle czuł w ustach, były jedyną rzeczą, która mu smakowała. W większości pochodziły z tych laboratoriów, gdzie pracował, więc nazywał je tym, czym chemicznie były.

   Ponieważ byli zależni od dostaw żywności z orbity, bardzo ważną sprawą była identyfikacja traw, analiza ich nasion, zbadanie procesów życiowych i chemii, określenie, w czym są podobne do ziemskich i w czym się od nich różnią. Gildia mówiła, że różnią się ekologicznie, pewnie mają mnóstwo toksyn i że nie powinno się ich ruszać.

   Jeśli jednak wyniki będą się powtarzały, to Gildia nie miała racji - Boże, testy wyglądają nieźle aż do poziomu chemii, gdzie dopiero tak naprawdę wszystko się liczy: rozpoznawali skrobię i cukry, nie było natomiast żadnych toksyn. Ziarna, jak wyczytali z zapisków na "Feniksie", można było przetwarzać i przyrządzać tak, jak robili to ludzie od tysięcy lat.

   A wszystko to mimo upartych twierdzeń Gildii, że nie muszą rozumieć naturalnych systemów. Gildia dowodziła, że na nic się nie przydadzą, ponieważ zdaniem Gildii planety na nic się nie przydają i, czego nie mówiła głośno, stacje i ich mieszkańcy przydają się tylko o tyle, o ile dostarczają pewnych usług. Gildia mówiła o katastrofach ekologicznych - o prawach tubylców, o wszelkich prawach dotyczących miejscowej fauny, która miała więcej praw niż robotnicy na stacji... Gildia, która niezłomnie odmawiała zrozumienia jakiegokolwiek systemu naturalnego.

   Jednak wbrew przewidywaniom drobnoustroje zebrane przez nich, oraz te związane z człowiekiem, nie wykazywały żadnych chęci do wściekłych ataków na siebie nawzajem, na nich czy na planetę. Tego bali się najbardziej: że w ludzkich ciałach zagnieżdżą się jakieś wirusy albo że bakterie będące nosicielami ludzkich chorób poczynią spustoszenia szybciej, niż genetycy będą w stanie sobie z tym poradzić. Przygotowali się na to, zabezpieczyli się, ale nie nastąpiła żadna katastrofa; nie napotykali problemów, na które się przygotowali, nawet w kulturach laboratoryjnych. Oczywiście, sam fakt znajdowania biologicznych zgodności wskazywał na ryzyko, ale na razie, trzymając kciuki, immunolodzy zaczynali dowodzić, że istnienie owych zgodności może oznaczać skuteczną ochronę. W laboratorium coraz więcej zaczęło się rozmawiać o tym, że ewolucja na poziomie mikroorganizmów może być ściślej związana z geologią i powstaniem planety, niż głosi to teoria, szalony pomysł zrodzony w wieczór po zrzucie zaopatrzeniowym, w którym znalazł się niespodziewany prezent Z Góry, kiedy to podczas potężnej popijawy genetycy, geolodzy i botanicy zrobili burzę mózgów.

   Boże, to bezczelne szaleństwo na dole, po całym życiu poświęcania się Sprawie, polityce i Ruchowi. Lecz po półtora wieku biernego studiowania taksonomii zalewały ich odkrycia. Byli pijani inwencją. Rozumieli naturalne systemy, które widzieli. Przez sto pięćdziesiąt lat, kiedy to informacje napływały cienkim strumyczkiem dzięki urządzeniom optycznym i zdalnej obserwacji planety, stworzyli na bazie zasad Lenoira system porównawczy oparty na zasadniczych pytaniach; kultywowali naukę planetarną - i zrobili to wbrew szyderstwom Gildii, wbrew zagarnianiu przez nią wszystkich surowców, wbrew budowaniu przez Gildię statku i na przekór wszystkim pobłogosławionym przez nią przedsięwzięciom, które pochłaniały czas i materiały stacji.

   I jeśli Gildia głęboko żałowała czegoś, czemu pozwoliła przejść przez radę, to musiała być to decyzja o budowie stacji tutaj, na orbicie błękitnej żyjącej planety, zamiast na jałowej, prawie całkowicie pozbawionej powietrza Maudette.

   Tak będzie bezpieczniej, przekonywali ówcześni naukowcy. W zasięgu surowców, jeśli coś pójdzie nie tak.

   Stacja jak najbardziej znajdowała się w zasięgu surowców, surowców oraz inteligentnej cywilizacji, którą odkryli na planecie. O tak, Gildia od początku wysuwała argumenty etyczne, ale prawdę mówiąc... Gildia z tym swoim gadaniem o wyborach moralnych, o prawie planety do samodzielnego rozwoju - tata mawiał, że tak głęboko się troszczyła o mieszkańców planety. Tylko dlaczego życie na dole jest dla Gildii takie święte i dlaczego nasze życie znaczy dla niej tak mało?

   Znalazł się więc tu, bo tata przybyć tu nie mógł, a mama bez niego nie chciała: jeśli ten lądownik miał przejść w głosowaniu rady, to stacja i Ruch potrzebowały ich tam, gdzie byli.

   Nie wiedział, co teraz mówiła Gildia, ani go to nie obchodziło. Dzięki Bogu, odtąd polityka Ruchu - to, kto nim rządził, kto wydawał polecenia i kto je wykonywał (jako syn administratora słyszał wszystkie argumenty za i przeciw jego obecności na dole oraz sam z ich powodu cierpiał), jakie kroki trzeba podjąć najpierw i jaką politykę powinni przyjąć w postępowaniu z Gildią - nic z tego nie było już jego problemem. Był tu, żeby uprawiać naukę, która go zafascynowała, gdy miał osiem lat. A kiedy szczeniaki Gildii wyśmiewały się z niego, zdał sobie sprawę, że nigdy nie będzie miał szansy zająć się nią zawodowo.

   Lecz marzenie taty było dla niego czymś oczywistym, nawet w wieku ośmiu lat. Dlatego powiedział bez zastanowienia, że, oczywiście, udadzą się na ten świat i, oczywiście, kiedyś będą po nim chodzić.

   A teraz rzeczywiście chodził po powierzchni planety i prowadził dzieło Lenoira, prowadził je, kierując się zasadami Lenoira: wyszukiwał zbiory, taksonomie i zgodności, które pozwoliłyby im wykorzystać naturalny system zawarty w bazach danych, do zrozumienia żywego systemu. Kładł podwaliny nauk przyrodniczych świata oraz zrozumienia go i uchronienia od ich błędów - ponieważ, do diabła, musieli to robić; prędzej czy później musieli na niego przybyć. Lenoir miał rację, na tym świecie mogła się wykształcić wyższa forma życia i na pewno już od tysięcy lat miał on nazwę w jakimś języku, lecz ludzkość przybyła do tego układu słonecznego nie mając wyboru i było równie nieuniknione, że będzie musiała jakoś ułożyć sobie z tym światem stosunki - przed wyruszeniem jego mieszkańców w przestrzeń lub też potem. Albowiem nie wybrali Maudette i wiedzieli, że nie wybrała jej nawet Gildia: Maudette była jedynie sposobem na odciągnięcie robotów Gildii od jedynej planety, która dawała im jakieś możliwości. Ten świat stał się ich nadzieją i sposobem na zapewnienie sobie wolności i tożsamości, zanim jeszcze postawili na nim stopę.

   A on, Ian Bretano, był tu, w miejscu, na dotarcie do którego pracowały całe pokolenia. Tak czy owak, na pewno nie przyzna się do porażki. Nie wróci Na Górę, uratowany od śmierci głodowej przez jakiś statek Gildii.

   I na pewno nie da się przewieźć na pozbawioną powietrza Maudette pod dyktando Gildii.

   Już na to za późno, o wiele za późno. A propos spóźniania się...

   W oknie stał Julio, cień na tle światła.

   Cień, który pochylił głowę w nagłym ataku kichania.

następny